Pisarstwo Artystyczne

Kilka lat temu stwierdziłem, że malarstwo i sztuka użytkowa nie dają mi w pełni tego co chcę przekazać odbiorcom. Idąc za tą myślą powróciłem po wielu latach do sztuki pisania. Tak naprawdę samo pisanie traktuję jak malowanie obrazów, tylko zamiast pędzla trzymam: długopis, ołówek lub cokolwiek innego co pozostawi ślad na papierze. Tematyka moich książek jest różna, jednak odnoszę się w nich przede wszystkim do wartości chrześcijańskich. Zapraszam do krótkiego przeglądu moich książek.

Pory Roku

Dziewiętnastowieczne miasteczko. Jedno z wielu. Sklepy, ulice i toczące się nieustanne dialogi będące atrakcją samą w sobie. Można powiedzieć, że nic ciekawego, jednak w tym wszystkim to "ciekawskie są "Pory roku" zaglądające przez okna, przysłuchujące się rozmowom i pilnujące, aby zaplanowane wydarzenia toczyły się właściwym torem. Czy można je polubić? Przecież są synonimem uciekającego czasu. Zapraszamy do lektury, a rąbek zawartości niech przedstawią te fragmenty:

Co to za taniec? W rytmie tej tajemniczej muzyki zawirowały: krople deszczu, iskry wschodzącego słońca, kolory tęczy i szum mroźnego wiatru. Lód zamknął przestrzeń wody – otwierając kryształowy trakt, po którym mkną sanie wybitnych tancerek. Och! Jak one rwą się do tańca. Są podziwiane i nieokiełznane. Ich parkietem oraz sceną jest zielona trawa i zamarznięte jezioro, zaś wypełniona widownia to – mieszkańcy ziemi. Tancerki wydają się być swawolne, jednak cechuje je harmonia i jasno określona dyscyplina, aczkolwiek zdarza się, że jedna z nich ma nieco przydługą partię solową. W takiej sytuacji niecierpliwi widzowie, niecierpliwie spoglądają na wiszący kalendarz, kręcąc z dezaprobatą swoimi głowami. Jednak one nieczułe na owe gesty, dalej odtańcują zaplanowany dramat lub komedię – współpracując ze sobą lub niekiedy rywalizując. W końcu pora je przedstawić. Proszę na nie spojrzeć i zaklaskać, bo na scenie tańczą... Pory Roku.

 

Strzałka i trzy metry. Czy ktoś to rozumie? Tak, jest to zrozumiałe dla pewnych dwóch niewiast. Pierwsza z nich posiada umiejętności wybudzenia z letargu nawet najbardziej ospałe „korzenie”. Uporczywie szuka swoich wybrańców, by wlać im w zanadrze kołnierza miksturę ryzyka, zmieszanego z odwagą wczesnośredniowiecznego rycerza przyprawioną dziecięcą „powagą”. Ta pani nie jest kelnerką, jednak to wszystko podaje w dźwięczącej filiżance dobrej kawy, zaserwowanej przy wschodzie pięknego poranku, podczas którego, tęskne spojrzenie zdobywa kolejny niezdobyty szczyt. Wszystko jasne? Jasne! Ta pani to… „Adrenalina”.  Jej przeciwniczka jest nieco zazdrosna i zasadnicza. Próbuje kontrolować nawet sam „Czas”. Oznacza swój teren nadmierną potliwością, rozdrażnieniem i utyskiwaniem na zbyt szybko zmieniające się pory roku. Potrafi wmieszać się w ciszę nocną, skracając sen i „wydłużając” panujący letarg. Prowadzi nieustanną wojnę z przemysłem farmaceutycznym, który rzucił jej wyzwanie w postaci zestawu dobrze dobranych witamin. Czy skutecznie? Ona milczy! Wielka wojowniczka... „Andropauza”. Dzisiaj znowu próbuje pokonać trójkę rycerzy. Czy skutecznie? Odkryjmy dalsze toczące się losy ludzkiej niezłomności i hartu ducha. Co tam witaminy, wystarczy spojrzeć na dobrze odżywionych Huberta, Romana i Jana. Ich „adrenalina” została wynagrodzona w postaci dużej kamiennej płyty.

  • Perełka!
  • Grobowiec?
  • Eeee, może lochy, albo...

    Trójka śmiałków spojrzała na siebie niepewnie, ale na tyle wymownie, że z trzech gardeł jednomyślnie, jednym tonem i jednym sercem wyrwało się słowo... skarby!

Pieśni Ruin

 

Drodzy . Jaką pieśń można zaśpiewać widząc swoją duszę, niczym nie różniącą się od wysypiska śmieci? Czy w „dobrym tonie” można zanucić skoczną piosenkę stojąc pośród rumowiska walki? Tej samej, która rujnuje ludzkie sumienia, grzebiąc je żywcem na cmentarzu zwanym „bezsilność”. W takim środowisku i w takim stanie ciężko jest oddychać a co dopiero... śpiewać.

Książka „Pieśni ruin” zawiera rozważania w formie opowiadań autentycznych i fikcyjnych. Są one zabarwione powagą z lekką osłodą humoru. Mam nadzieję, że w tym labiryncie liter znajdzie się drogowskaz wskazujący właściwy kierunek...

Pod wiatr wspomnień

"Pod Wiatr wspomnień" to opowieść osadzona w realiach przedwojennego Landsbergu (obecnie Gorzowa Wielkopolskiego) i powojennego Gorzowa Wielkopolskiego. Splatają się tutaj historie rodów, które zostają uzupełnione "dziecięcym, podwórkowym" życiem w tzw. czasach PRL. 

Rozpalony mały piecyk ogrzewa pomieszczenie a gorąca woda podgrzewa atmosferę toczącej się bitwy morskiej. Mały stateczek, żołnierzyki i bezludna wyspa zbudowana z gąbki – to jest to, na co się czeka w sobotni wieczór. Niestety zabawa kończy się przykrą czynnością – myciem głów. Piana drażniąca oczy i woda w nosie zwiastują koniec morskiej przygody. Młodszego syna Stefan owija wielkim ręcznikiem, krótki proces suszenia i lulu w czystej wykrochmalonej pościeli. Jeszcze tylko chwila męskich opowieści, relacji, zwierzeń i nadchodzi sen. Księżyc zagląda przez szpary w firanach rzucając swoje światło na małe uśpione twarze, misia leżącego w kącie i mały statek, który przeżył kolejną kąpielową bitwę. Stefan podnosi go z podłogi i trzymając w ręku zapada się w głębokości swojego starego fotela. Wytarte pluszowe obicie i wysłużone sprężyny notują kolejną sobotnią wizytę, kojąc swoją miękkością zmęczonego kuracjusza. Usiądź! Odpocznij i otwórz drzwi dla wieczornego gościa. Czy słyszysz jak stuka do drzwi? Stefan słyszy i otwiera. Ten „wieczorny gość” odwiedza każdy dom .Delikatne pukanie i czujesz tęsknotę. Puk, puk i czujesz: radość, smutek, żal, złość. Kolejny „puk” i jesteś bohaterem albo żałosnym nędznikiem. Zostałeś doceniony lub wzgardzony.

Ten „Gość” delikatnie stuka, a w sercu odzywa się łoskot. Wie o nas wszystko, lecz sam nic nie mówi. Posługuje się nim Bóg, żeby pocieszyć, ostrzec, napomnieć. Posługuje się nim diabeł, żeby... potępić. Ten „Gość” lubi stare fotele, kanapy i naszą samotność. W tym środowisku jego pukanie jest najbardziej słyszalne. Dzisiaj zagościł w domu Stefana.  Wieczorny gość "Wspomnienia" 

Kawałek ławki

Trzecia opowieść z cyklu "List z warsztatu" i jak dwie poprzednie stanowią krótkie refleksje z "pracowni" zwanej życiem. Książki te zawierają historie proste, banalne i...szare, ale czy na pewno? Zachęcamy do przeczytania.

 

Ławka – taki ulepszony stołek. Czy „Główny Instytut Wyobraźni” zarejestrował ilość pomysłów, wymyślonych przez ludzi siedzących na ławkach? Czy „Wielkie Księstwo Kosodrzewiny” zapamiętało twórcze wynalazki, które zrodziły się podczas krótkiego spoczynku na tej małej „drewnianej wygodzie”? Ławka w ogrodzie pałacowym i nad małym leśnym jeziorem. Można ją postawić niemalże wszędzie. Na ogół wzbudza pociechę dla zmęczonych nóg, jest świadkiem westchnień królowej i żebraka. Ławka ogrodowa, cmentarna, miejska i... ogrom, ogrom wszelkiej konstrukcji i pomysłowości ławek. Jest jednak pewna charakterystyczna ławka. Wznosząca i wynosząca się ponad innych jej spoczynkowych towarzyszy. Poznaje przeszłość siedzących oraz ich przyszłość. Widzi sprawiedliwość lub jej brak, miłosierdzie i korupcje, łzy i radość. Milczący świadek – ława oskarżonych. Jej chłodna powierzchnia jest ogrzewana przez złoczyńców i niewinnych. Gościła króla i wytkniętego palcem kloszarda. Jest obojętna na podziały klasowe, rasowe czy też wyznaniowe. Tysiące ludzi zna jej dotyk, natomiast wszyscy znają jej obecność...

Miasto

Fragment drugiej opowieści "Listu z warsztatu"

Ależ piękny dzień! Poranne słońce zagląda przez uchylone okno naszej sypialni. Muska po twarzach swoimi ciepłymi promieniami i gwizdem przywołuje zapach szyszek i szum południowego wiatru. Czy ktoś słyszał gwiżdżące słońce? Gdzie je zobaczyć? Gdzie usłyszeć? Pomyśl o Bogu i zapomnij o tych dwóch tonach problemów czyhających za bramą twojego łóżka. Zamknij wrota niezałatwionych spraw, domagających się otwarcia na oścież i zatłoczenia twojego serca. Każdy dzień ma swój ciężar i każdy dzień ma swoje słońce, które gwizdem proponuje ci gwizdnąć dzisiaj na zamartwianie się o przyszłość.

Siadam szybko na „starej amerykance” zanurzając swoje stopy w „nowych japonkach” i mam plan! Szybko zakładam „zużytą szwedkę”, przytraczam do paska „odziedziczoną finkę” i zanurzam się dzisiaj w tę widniejącą na mapie zieloną plamę. Puszcza! Nareszcie zatańczę „polkę” z dziką przyrodą a na szachownicy natury zagram w „chińczyka” z jeleniami i dzikami. Południowy wiatr jak „argentyńskie tango” smaga moją twarz, a ja zapuszczając się w te odludzie gwiżdżę do słońca, gnając przez złote pola. Ten teren jest taki dziki i gęsty, że nawet ptaki milkną chowając się w wysokie konary starego drzewostanu. Tutaj, przebijające się słońce ma wygląd strzelających iskier a wiatr chyli czoła przed nieprzetartą gęstwiną ostrych krzewów. Gwałtowny szelest przerywa moją rozkosz przedzierania się przez niekończący się labirynt gałęzi. Zatrzymuję się i wsłuchuję w ten dziwnie powtarzający się dźwięk. Myślałem, że jestem sam na sam z puszczą, ale jest tu ktoś jeszcze. Widzę ją. Widzę też ten cienki drut oraz jej przerażone oczy. Pułapka? Czy przypadek? Nie wiem. Wiem, że resztką nadwątlonych sił walczy o przetrwanie. Jedno cięcie, jeden gest ręką daje jej wolność. Co za wolność! Jaki skok! Jak ona to robi? Ta sarna była szybsza od moich myśli. Jej rodzina będzie miała dziś święto, a drut przyda mi się w warsztacie. Puszcza!

-

List z warsztatu

Na podwórku jak zwykle gwarno. Głośne powitanie przez parę kundli, ocieranie małego kota o nasze nogi  oraz biegające w zagrodzie kury podkreślają urok tego miejsca. Kawa, domowe ciastko, rozmowy, oraz finał naszych odwiedzin – wizyta w stodole. Co będzie za tą drewnianą bramą pamiętającą jeszcze starożytność. Drzwi otwarte, kotara rozsunięta i oczom naszym ukazuje się wnętrze przypominające prawdziwy skansen przeszłości. Stary warsztat stolarski oraz różne rupiecie; które można oglądać, dotykać, podziwiać, i odgadywać ich pierwotne przeznaczenie. Czas  wykonał tutaj swoją pracę jedynie w postaci  grubej warstwy kurzu. W tej starej, wiejskiej stodole, można zapomnieć o wodzie w plastikowej butelce – patrząc na zestaw szklanych opakowań po lemoniadzie rocznik 72. Pralka automatyczna blado wypada w porównaniu z cynową balią i tarką do prania ręcznego. W tym miejscu można zapomnieć o reflektorach i czujnikach ruchu, bo swoim blaskiem staroci połyskują stojące w kącie lampy naftowe. Ich światło zgasło jakieś sześćdziesiąt lat temu, ale ich sentymentalna cena oślepia swoją wartością dzisiejsze żarówki. W tej starej stodole automatyzacja wydaje mi się archaicznym wymysłem; gdy spoglądam na tokarkę z nożnym napędem, gdzie siła mięśni i wytrwałość rzemieślnika nadawały piękno przetwarzanym materiałom. Nostalgia być może a właściwie na pewno. To ogarniające uczucie dotyka bardzo, bardzo głęboko, przywołując wspomnienia, trochę tęsknotę, właściwie to ciężko je opisać. Ale to nie te przedmioty są celem naszej dzisiejszej wizyty. On jest tam a właściwie ona – stara szafa, podparta pod ścianą albo podpierająca ją. Jest tak stara i zniszczona, że nawet handlarze starociami nie byli nią zainteresowani. Wystawiono jej znak towarowy „bezużyteczna”, po prostu do niczego. Nawet jej wartość opałowa była zbyt mała, i dlatego ciągle tutaj stoi.